poniedziałek, 13 grudnia 2010

Barbara kupuje rower

Wreszcie nadejszla wiekopomna chwila:) Prawie 2,5 miesiąca mi zeszło, ale wreszcie mam swój własny, piękny rower!!! Ma dwa kółka, siodełko, bagażnik, lampki, błotniki - jednym słowem wszystko co rower powinien mieć. No może prawie wszystko... Ma nożne hamulce. Ostatni raz takich używałam w czasach mojego komunijnego składaka! Można się odzwyczaić. Zresztą nie do końca opanowałam jeszcze sztukę pełnego zatrzymania. No bo zahamować można, ale zatrzymać się to chyba tylko zeskoczyć na końcu! No i dziś miałam już pierwsze chwile grozy. Wracałam z pracy (a wspominałam już, że mam 45 min rowerkiem lub tramwajem?) i w jednym miejscu, koło jeziora gościu coś do mnie mówi "respecteren sloter" (coś takiego usłyszałam i zapamiętałam, a jestem pewna, że powiedział coś innego:P) Co chyba znaczyło uważaj kobieto na lód, bo ślisko. Nie trzeba być poliglotą, żeby się domyślić co miał na myśli, bo wszyscy prowadzili rower, a tylko ja jechałam i jeszcze nos wycierałam (czyżby oznaka aklimatyzacji - z angielskiego - Daczyzmu?). No a później jadę sobie, a wszyscy się wloką przede mną, no to delikatnie wyprzedziłam, aż tu przed samym nosem pani na zakręcie nie wyrobiła i zaliczyła glebę. A ja co, zachowałam spokój i po hamulcach:P Tyle, że po ręcznych, których nie mam:P Może to i dobrze, bo pewnie też bym leżała (bo kto to widział hamować w takich warunkach?!). Po prostu ją ominęłam, ale oczywiście parę metrów dalej wyhamowałam, żeby sprawdzić, czy żyje. No ale końcówka drogi to jak lodowisko. Miałam zejść i prowadzić rower, ale jak widziałam, jak się ślizgają ci co prowadzą, to zdecydowałam się jednak zaryzykować. Ma się w końcu te zdolności kierownicze - po coś się to international management studiowało:P

A co do roweru, to postanowiłam, że będę nim jeździć zawsze i wszędzie (z wyjątkiem burzy i wichury!), jak prawdziwi Holendrzy, a nie jakiś tam turysta:) To mnie teraz możecie trzymać za słowo:)
Wczoraj wymieniłam baterie w lampce - niesamowite, jaki to skomplikowany proces, dobrze że miałam scyzoryk (dzięki Bracie):) No i dzwonek wymieniłam, bo dostałam w prezencie od koleżanki, bo ten mój przerdzewiały był. A tutaj to podstawowe wyposażenie roweru, jedna z najczęściej używanych części. Jutro idę na targ po porządny łańcuch, bo to co mam to tylko prowizorka. Byle cążkami pewnie się da przeciąć:P Dlatego rower mieszka w domu, albo garażuje w pracy (zresztą trzeba jakoś pilnować, żeby się siodełko nie schłodziło - muszę opatentować podgrzewane:)

Cieszę się jak dziecko:) Wreszcie odkryłam, że żyję! To nic, że po weekendzie mam takie zakwasy, że nie wiem czy jutra do żyję:P

czwartek, 9 grudnia 2010

Barbara refleksyjnie

Siedze sobie w pracy i mnie wzielo dzis na myslenie. Nic mi sie nie chce robic. Nie mam motywacji, co mnie troche zaskakuje. Moze dlatego, ze manager jest na szkoleniu, ze sie swieta zblizaja i jest ogolnie luzna atmosfera? A moze dlatego, ze nawet mimo moich staran to nie jest dla mnie? Dzisiaj sobie uswiadomilam, ze ja wcale nie pasuje do Amsterdamu, ani do GRI. Dziwne, ale chyba sie tu tak na prawde nie zaklimatyzowalam. Mimo, ze uwielbiam ta rowerowa kulture i zdrowy styl zycia. Podobno kazde miasto mozna opisac jednym slowem i jezeli to slowo okresla Ciebie w jakis sposob to znaczy, ze sie wpasowales/wpasujesz. Nie wiem czy jest takie jedno okreslenie Amsterdamu – chyba miedzykulturowosc! Albo ze wzgledu na Czerwona Dzielnice i Coffee Shopy – tolerancja!

Patrzc na prace moja i kolegow wydaje mi sie, ze nie mam co liczyc na cos naprawde ambitnego. Albo cos ze mna jest nie tak i mam wygorowane ambicje, albo tutaj po prostu ludzie wierza, ze to co robia, to jest cos znaczacego i rozwijajcego. Najprawdopodobniej prawda lezy gdzies posrodku! Ale gdzie ja znajde pracodawce, ktory bedzie umial wykorzystac moj potencjal, (najpierw by musial mi dac szanse i zaprosic na rozmowe), a do tego odpowiednio mnie zmotywuje do pracy i nie kaze mi codziennie brac nadgodzin? Ludzie sie raczej nie spodziewaja, i nie oczekuja, od dwudziestopiecioletniej osoby, takiego doswiadczenia. Kto by dal smarkuli zadania strategiczne, niech pokseruje? Trzeba przeciez odbyc sciezke od pucybuta do milionera! A to jest takie niesprawiedliwe!!! A co jak sie nie chce przezyc pol zycia w jednej organizacji? Nie jest sie na tyle cierpliwym? Chce sie wykazac szybciej, co pozwoli zaoszczedzic i czas i pieniadze wszystkim???
A z drugiej strony, jak robisz wazne i odpowiedzialne rzeczy, to sie okazuje, ze w firmie jest wyscig szczurow i po roku psychicznie przestaje Ci to odpowiadac. A jak nie ma wyscigu szczurow, to kultura organizacyjna Ci nie odpowiada: wykorzystuja Cie, albo stosuja inen formy mobbingu. Czy jest jakis idealny pracodawca/miejsce pracy/ stanowisko??? Bo ja na pewno jestem do niego stworzona:P

Wydaje mi sie, ze odpowiedz jest tylko jedna – zalozenie wlasnej dzialalnosci gospodarczej. Ale czy to naprawde jest takie dobre wyjscie, czy tak mi sie tylko wydaje? I skad wziac na to pieniadze? ;) W kazdym razie, jezeli ktos ma odpowiedz na nurtujace mnie pytania, albo ktos chcialby wspolnie zalozyc idealne miejsce pracy (oczywiscie zgodnie z regulami zrownowazonego rozwoju i biznesu odpowiedzialnego) – to czekam na informacje!

środa, 8 grudnia 2010

Barbara i alarm przeciwpożarowy

Poniedziałek był pełen wrażeń, ale to co sie stało wczoraj przerosło moje oczekiwania. Otóż wczoraj miał być próbny alarm przeciwpożarowy. Ponieważ nie było mnie na zeszłotygodniowym szkoleniu, odbębniliśmy je wczoraj w ekspresowym tempie. Otóż w Holandii, żeby udzielić komuś pierwszej pomocy trzeba przejść specjalne szkolenie. Wtedy można nosić jaskrawożółta kamizelkę, która wyróżnia z tłumu. Tak więc taka kamizelka, to duża odpowiedzialność. Jeżeli ktoś nie był szkolony, nie udzieli Ci pomocy. Baaa, jak złamiesz nogę, to cię nie zniesie, bo przecież trzeba swoje życie ratować. Tak wiec nie życzę nikomu łamania nóg w Holandii :P

Ale do rzeczy. Godzina Z wyznaczona była na 11.30. Wszyscy siedzieli ubrani w kurtki, czapki, prawie w rękawiczkach, czekając na alarm! 5 min, 10 min i… cisza – nic. Niektórzy zaczęli symulować alarmy aż tu przez intercom odezwała sie nasza HRka imitując syrenę alarmowa. Wszyscy spokojnym krokiem podążyli w kierunku miejsca spotkania. Nie biegnąc, bo w przypadku pożaru sie nie biega(to też cenna informacja ze szkolenia. I jak jest dym, to się trzeba kłaść na ziemi. I gaśnic też nam nie wolno używać, skoro się nie znamy Tylko ludzie w kamizelkach są przeszkoleni). Problem w tym, że nasze miejsce spotkania to duża sala w innym budynku Urzędu Miasta (ten budynek, który zajmuje GRI tez należy do UM). Czekał nas spacer. A przypomnę tylko, że tu jest zima!!! No ale lepiej spacerować i się ogrzać w budynku, niż wyjść szybko i marznąć na dworze! Ale na miejscu czekała na nas miła niespodzianka - kawa, herbata i ciasteczka. Takie alarmy to ja mogę mieć i co tydzień!!!

Jak wróciliśmy, okazało sie, że w naszej części budynku alarm sie nie uaktywnił! Co więcej, blokada drzwi, która ma się dezaktywować też nie zadziałała. Więc jednak dobrze, że to były tylko ćwiczenia. Zgodnie z tutejszą polityką, przy kolejnych ćwiczeniach będziemy znać tylko dzień albo tydzień, żeby być przynajmniej trochę zaskoczonym. Oby naprawili alarm do tego czasu ;)